Home Co jest grane 2008.10.03 - Tadeusz Drozda - mistrz kalmarów
2008.10.03 - Tadeusz Drozda - mistrz kalmarów Drukuj
poniedziałek, 30 marca 2009 11:25
Owoce morza muszą być delikatne, a więc krótko przyrządzane, a nie duszone godzinę i twarde jak guma. I kiedy mówi to Tadeusz Drozda, uwierzcie mu, bo to prawdziwy spec -nie tylko od kalmarów.

Trudno przegadać Tadeusza Drozdę, zwłaszcza jeśli tematem są kulinaria. Bo znany satyryk uwielbia gotować i jeść. Jego dwie wielkie miłości to golf i sielawa. Nic dziwnego, że rozmowa z nim na te tematy wciąga bardziej, niż "Śmiechu warte"! Do księgarń trafiła właśnie jego pierwsza książka kulinarna "Ja smakosz".
Naprawdę jest Pan smakoszem?

Nie powiem, znam się na kuchni. Znajomi o tym wiedzą, więc się przy mnie nie mądrzą. A kiedy mam odwiedzić na przykład przyjaciół w Stanach Zjednoczonych, wszyscy czekają na mnie z niecierpliwością i dopytują: "Kiedy przyjedzie Tadek?Wreszcie będzie można sobie dobrze podjeść!". Chociaż nie jestem pewien, czy wynika to tylko z moich umiejętności kulinarnych...

To znaczy?
Amerykanie mają w sklepach wszystkie niezbędne składniki, żeby zrobić świetny obiad czy kolację. A jednak amerykańskie restauracje serwują dania po prostu niejadalne. Ktoś oczywiście te wszystkie wspaniałości musi kupować, inaczej nikt by tego nie sprzedawał, ale jeszcze mi się nie zdarzyło w Stanach smacznie zjeść. No dobrze, są wyjątki. Steki i knajpy z kuchnią różnych krajów, np. japońską, są świetne! Uwielbiam za to kupować w amerykańskich sklepach. Mam nawet swoje ulubione delikatesy, w których jest po prostu... wszystko! Od najróżniejszych rodzajów mięs i owoców morza, przez orientalne dodatki, po takie dania, których nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

Udało się Panu odkryć tam coś ciekawego?
Kupiłem raz steki z kalmara. Zawsze wiedziałem, że kalmary to krążki, w mojej restauracji były zresztą specjalnością zakładu. W amerykańskich delikatesach kupiłem kalmary w kawałkach o długości 12-15 cm, grube na 1,5 cm. Czyli żyją gdzieś na świecie olbrzymy, z których można wykroić takie steki, że hej!

Opowie Pan coś więcej o restauracji?
Zamknęliśmy ją w ubiegłym roku po dwóch latach działalności. Mieściła się w Warszawie przy ulicy Długiej, nazywała się Seafood i serwowaliśmy w niej właśnie owoce morza. Niestety, trafiliśmy w niezbyt dobry okres. Polacy niechętnie jadają owoce morza. Przyrządzaliśmy na przykład ośmiornicę w specjalnym piecu, była genialna! Ale kiedy ktoś ją zamawiał, to przechodząca obok restauracji młodzież zaglądała przez okna i śmiała się, co za kretyni jedzą takie świństwa. Ktoś, kto lubi owoce morza, często słyszy pytanie, co mu smakuje w tych robakach. I chyba dlatego nawet w piękne słoneczne dni, kiedy w okolicznych restauracjach kłębiły się tłumy, u nas zajęte były może dwa z ośmiu stolików. Teraz na miejscu mojej restauracji jest kolejna pierogarnia.

Ale ci goście, którzy do Was trafiali, wychodzili chyba zadowoleni?
Ba! Niektórzy byli naszą kuchnią zachwyceni! Odwiedził nas kiedyś facet z Las Vegas i tak mu posmakowały nasze owoce morza, że przez siedem dni pobytu w Warszawie codziennie jadł właśnie u nas. Mówił: "Panie! Gdybyś otworzył taką knajpę w Las Vegas, tobyś się od klientów nie odgonił!". Takie mieliśmy owoce morza.

Kiedy spróbował ich Pan pierwszy raz?
Nie jestem pewien, czy to był ten właściwy pierwszy raz, ale pamiętam wizytę w Stanach w 1979 roku. Po występach zwykle goszczono nas w polskich domach i restauracjach, gdzie serwowano najlepszą kuchnię polską. Nawet u nas w Polsce takiej nie było! Ale jednego wieczoru znajomy zabrał nas do knajpy, która specjalizowała się w owocach morza. Od razu powiedziałem znajomemu: "Niech pan lepiej sam zamówi, bo ja nigdy w życiu w takim miejscu nie byłem". I trafiły na stół krewetki i homary. Od razu mi przypadły do gustu! Były po prostu świetnie przyrządzone.

A to wcale nie takie łatwe!
To prawda, owoce morza są genialne, pod warunkiem że przyrządza się je krótko. Po prostu nie lubią długiego kontaktu z wysoką temperaturą. Niestety, w Polsce nadal pokutuje pogląd, że wołowinę trzeba dusić godzinę, żeby w ogóle dało się ją ugryźć. I tak samo robimy z owocami morza. Krewetkę gotowaną 10 minut można od razu wyrzucić, a u nas ona ląduje na talerzu. Pamiętam, kiedyś w Grudziądzu zamówiłem kalmary. Kelner przyniósł mi coś, co smakowało jak guma do żucia. Zapytałem go, dlaczego podają takie kalmary. A on na to: "Tak zawsze robimy". I koniec. Czyli mieszkańcy Grudziądza, którzy próbowali tam owoców morza, muszą myśleć, że nie dość, że to mięso drogie, to jeszcze niedobre.

Kalmary powinny być delikatne, ale trochę chrupiące...
Prosty przepis na nie podaję w mojej książce. Kiedyś zaproponowałem córkom kalmary i od chwili, kiedy postanowiły spróbować, do podania potrawy minęło osiem minut. A muszę dodać, że kalmary były mrożone! To po prostu błyskawiczne danie.

Nigdy nie miał Pan oporów, że je Pan morskie robaczki?
Nie! Uważam, że w życiu trzeba próbować. Na przykład mój teść nigdy nie jadł golonki, bo nie podobała mu się sama jej nazwa. Nie spróbował też flaków, chociaż teściowa robiła fantastyczne. Nawet nie wiedział, co stracił! Dlatego próbuję wszystkiego, co się da. Jadłem nawet pieczoną szarańczę. W Tajlandii pieką ją na grillu, smakuje jak frytki. Jadłem też kangura. A w Afryce podano nam kiedyś pieczone mięso hipopotama i żyrafy.

Rzeczywiście, dużo Pan próbował! A czy jest coś, czego nigdy by Pan nie zjadł?
Prawdę mówiąc, nie znoszę kaszy gryczanej. Moja niechęć ma swoje źródło w dzieciństwie. Przedszkole, do którego chodziłem, korzystało z darów Unry (UNRRA, Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy - przyp. red.). Dostaliśmy wtedy m.in. kilka ton takiej kaszy. I codziennie zamiast ziemniaków na obiad była kasza. Każdemu by obrzydła! Do tej pory na sam jej zapach robi mi się niedobrze. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu, nie pozwalam mojej żonie jej gotować, chociaż ona uwielbia kaszę gryczaną... Ale innych uprzedzeń nie mam.

Za to znany jest Pan z miłości do sielawy...
I golfa! To jedna z moich ulubionych rozrywek. Ale... W samej Warszawie nie ma żadnego pola golfowego (są dwa, ale w odległości ok. 30 km od centrum), a chciałem mieć miejsce, do którego mógłbym jeździć odpocząć i pograć w golfa. Dlatego kupiłem działkę na Mazurach, skąd mam rzut beretem do pola golfowego w Naterkach. Bliskość jezior - wiadomo - sprawia, że codziennie można kupić tam znakomite świeże ryby, m.in. moją ukochaną sielawę. Jednego wieczoru potrafię zjeść dziesięć sztuk z grilla lub patelni. A czasami nawet więcej...

Imponujące!
I wyjątkowe. Bo tylko w Polsce ryby są tak ważne kulinarnie. Na Mazurach i nad morzem królują smażalnie. Takich miejsc nie widziałem w żadnym innym kraju na świecie. W USA na przykład, jeśli w menu jest ryba, to nikt nawet nie wie jaka - po prostu "fish". Ryba to ryba. A u mnie na Mazurach raz króluje sielawa, kiedy indziej szczupak...

Kto gotuje w domu, Pan czy żona?
Najczęściej ja. Ale poza domem chętnie oddaję kulinarną pałeczkę. Ostatnio byłem na rejsie po Morzu Adriatyckim z przyjaciółmi. Pływaliśmy na wspaniałej łodzi, z piękną kuchnią, i byłem pewien, że to ja będę kucharzem, ale zostałem wygryziony! Prawdę mówiąc, przyjaciel gotował naprawdę świetnie, więc bez żalu oddałem się słodkiemu lenistwu.

Pana popisowe danie?
Mam sporo przepisów, które lubię. Podczas jednej z wizyt w Czechach nauczyłem się przyrządzać tatar na grzance z czosnkiem, a także piwni syr, czyli tatar z sera, który jest świetną przekąską na przykład do piwa. Ostatnio sporo dań przyrządzam też w kombiwarze. To taka sprytna maszyna, z której na przykład wychodzą znakomite ziemniaki. Wystarczy je oczyścić, przekroić na pół, posolić, posmarować masłem i w łupinkach zapiekać 40 min. O wiele lepsze od purée i frytek! W kombiwarze można też szybko zrobić świetne małże nowozelandzkie. Wystarczy je w nim ułożyć, na każdym położyć paseczek żółtego sera i zapiec. Skąd wziąć małże? Można je kupić w każdym supermarkecie!

Dzisiaj polskie sklepy są świetnie zaopatrzone
.
A kiedyś tak nie było! Proszę sobie wyobrazić, że w czasach kartkowych miałem w domy trzy zamrażarki i każda zawsze była pełna po brzegi. Jak była okazja, to korzystałem, bo nigdy człowiek nie wiedział, co będzie jutro. Wtedy mieszkałem po sąsiedzku z Januszem Rewińskim, zdarzało się, że dzwonił i mówił: "Słuchaj, jest cielak do wzięcia, jedziemy?". I jechaliśmy!

A dzisiaj Pana lodówka też jest pełna po brzegi?
Kiedy wracam po tygodniu z delegacji, najczęściej w lodówce nie ma nic (śmiech). Na szczęście sklepy są czynne całą dobę, więc nie trzeba robić zapasów... Poza tym mamy sporo świetnych restauracji, na golonkę zamiast do Monachium można skoczyć do Szwejka, pełno jest barów sushi, restauracji chińskich, tylko Seafoodu brak, ale ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa!


Rozmawia Marta Mońko
www.polskatimes.pl
2008-10-03