| Jak to skąd pomysły? Z głowy! |
|
| piątek, 25 marca 2011 20:50 |
|
Wywiad do "Kuriera Południowego" - Grodzisk Mazowiecki Z Dyżurnym Satyrykiem Kraju - Tadeuszem Drozdą, rozmawia Andrzej Szymański.
- Tremują jeszcze pana takie występy jak dzisiejszy, po 40 latach gry na scenie? - Tylko te, na których występuję z jakiejś okazji lub przy okazji. Natomiast jeśli ludzie przychodzą i widzą, że Drozda jest głównym bohaterem, to wiem, że to moja publiczność. Jak dzisiaj. Wtedy czuję się jak u siebie w domu. - To znaczy w Radości? - Mieszkam tam od 30 lat na tzw. linii otwockiej. Dookoła las, mogę obserwować pory roku, a i dojazd do stolicy dobry, w przeciwieństwie do Grodziska Mazowieckiego. - Kiedy był pan ostatnio w Brzegu Dolnym? - Na Wszystkich Świętych. Tam się urodziłem w 1949 roku, mam rodzinę. Po wojnie tata przyjechał na Dolny Śląsk z kresów ukraińskich, a mama z białoruskich. Spotykam w Brzegu Dolnym koleżanki i kolegów z lat młodości, choć sporo z nich rozjechało się po świecie. - Podobno specjalizował się pan w wysokich napięciach? - Tak, skończyłem politechnikę na takim wydziale. - To znaczy, że ma pan ten sam fach co Lech wałęsa? - Znamy się od lat, ale wątpię czy moglibyśmy wspólnie pogadać o elektrotechnice. On jest raczej elektrykiem narzędziowym. W potocznym pojęciu elektryk to facet przykręcający żarówki czy montujący gniazdka. Niewielu wie, że elektryk zajmuje się też projektowaniem przewodów w ścianach czy linii wysokiego napięcia. - Popracował pan w wyuczonym zawodzie? - Na politechnice uczyli nas w kierunku projektowania, ale kiedy skończyłem studia to nasze linie technologiczne były sprowadzane z Zachodu. Inżynier mojej specjalności nie miał w Polsce nic do roboty, poza administrowaniem. Na etacie byłem bardzo krótko. Od zarania dziejów finansowo dawałem sobie radę sam, czyli byłem kapitalistą w socjalizmie. Nie zawracałem głowy państwu polskiemu. - Jak się pan spotkał z Janem Kaczmarkiem i wspólnie stworzyliście kabaret „Elita”, tak wspaniale nas bawiącym od lat 70.? - Obaj studiowaliśmy na politechnice. Przypadek zrządził, że mieszkaliśmy w pobliskich akademikach. A kiedy się to dokładnie zaczęło, nikt nie wie. - Czy kabaret „Elita” był waszym głównym źródłem utrzymania? - Absolutnie nie. Kolega Skoczylas pracował jako wykładowca w technikum samochodowym. Kaczmarek w biurze, a potem w radio. Liderzy tzw. politycznego kabaretu nie byli w tamtych latach mordowani, ani wysyłani do łagrów… - Było się wtedy z czego śmiać w PRL? - To takie typowe pytanie dziennikarskie. Człowiek niezależnie od systemu ma te same wady, z których można żartować, tylko cenzura może bardziej lub mniej pozwalać. W porównaniu z czasami Polski Ludowej, cenzura jest większa niż wtedy. Cenzor z Mysiej do roboty podchodził uczciwie. Wycinał kawałek tekstu i mówił: tego panu nie można mówić. Dzisiaj wycina się całego człowieka i spokój. - Ale nie narzeka pan na brak występów? - Cztery lata temu zostałem wyrzucony z telewizji z wilczym biletem. Tam miałem podstawowe źródło utrzymania. Robiłem autorskie programy: 350 – Dyżurny Satyryk Kraju, 500 – Śmiechu warte, 150 – Herbatka u Tadka. Przyszedł prezes z PiS i stałem się wrogiem nr. 1. Każda „partyjna partia” dba o swoich zwolenników. Gorzej ma ten, który na wszystko patrzy dystansu. Do 2006 roku tolerowano mnie, aż przyszła „słuszna partia” - Jest pan omnibusem. Pisze, komponuje, występuje, śpiewa. Skąd pomysły? - Jak to skąd? Z głowy! Są ludzie, którzy potrafią rozśmieszać, improwizować, komponować. Tego nie można się nauczyć w szkole. - Kto pana nazwał Dyżurnym satyrykiem Kraju? - Sam się nazwałem. Telewizja publiczna wymyśliła, bym siedział w studio, odbierał telefony i żartobliwie komentował różne zjawiska. Raz ten program poszedł na żywo, a w Polsacie był wcześniej nagrywany. - Najbliższe plany? - Od połowy marca w teatrze Rampa będę prowadził show pod tytułem „Drozda Life”. Zaryzykuję i zobaczę, czy ludzie będą przychodzić na Drozdę z własnego wyboru. - Podobno gra pan w golfa? - Jest moją pasją od 30 lat. Zacząłem na Florydzie. Cieszę się, że w Polsce jest coraz więcej porządnych pól golfowych, szczególnie w okolicach Szczecina i Gdańska. - Od 40 lat rozbawia pan publiczność. A nie ma pan czasem takich chwil, że usiądzie pan w kąciku i zapłacze? - Mam ich coraz więcej. Staram się umawiać z różnymi prezesami TV, ale oni nie za bardzo chcą, bym się pokazywał na ekranie. A ja naprawdę potrafię sprawnie i dobrze robić programy telewizyjne. Uważam, że do mediów wkroczyła stara komuna w strasznym obrazie. To nie ma nic wspólnego z rynkiem i kapitalizmem. - Podobają się panu nowe kabarety? - Jeśli chcą się utrzymać w mediach obrazkowych, to dobrze się przebrać za babę albo księdza. W każdym przebijającym się kabarecie jest skecz z księdzem. A oni się wcale nie obrażają. Gorzej z politykami. Ci to zupełnie nie mają poczucia humoru! - Dziękuję za rozmowę.
|